To jest stara strona Juvenii Kraków. Kliknij tutaj, aby przejść do nowej strony!
[ English version ]
Juvenia Kraków Rugby Klub Juvenia Kraków ma 100 lat!
Sezon 2008/09 I ligi rugby wystartuje 24.08.2008. • W pierwszym meczu Salwator Juvenia Kraków zmierzy się na wyjeździe z Lechią Gdańsk. • Ubiegły sezon 2007/08 Salwator Juvenia Kraków zakończyła na 5. miejscu w I lidze!
Seniorzy
Juniorzy
Kadeci i Żacy
Galerie zdjęć
Polskie Rugby
Światowe Rugby
O klubie
O rugby
Sklepik
Dodatki
Księga gości
Linki
Chat
Forum





O rugby


[ Opis dyscypliny ][ Artykuły ][ Puchar Świata 2003 ]


  • Rozmowa z Grzegorzem Kacałą
  • Zagadka Rugby
  • Wszystko dla jaja
  • Rzemieślniczy Klub Sportowy Juvenia
  • Rozmowa z rugbistą Waldemarem Szwichtenbergiem
  • Rugbiści rozpoczynają rozgrywki ligowe
  • Sezon z jajem
  • W rugby... jak w życiu
  • List otwarty do redakcji "Tempa"
  • Znaleźć metodę - słów kilka o naszym rugby





  • Rozmowa z Grzegorzem Kacałą (Gazeta Wyborcza, 24 listopada 2003)


  • Jestem pewien, że jak rugby znajdzie się na olimpiadzie, stanie się bardzo popularne w Polsce - mówi Gazecie Wyborczej Grzegorz Kacała, który w rugby zrobił taką karierę jak Zbigniew Boniek w futbolu

    Radosław Leniarski: Dlaczego mówi się, że Nowozelandczycy są najlepszymi rubgistami na świecie? Przecież nie dostali się do finału, ba, nie zdobyli mistrzostwa od 1987 roku. do tego przecież w Europie są najmocniejsze, najbogatsze ligi i wreszcie - rugby narodziło się w Europie...

    Grzegorz Kacała: Bo Nowozelandczycy przynoszą do rugby najwięcej nowości, są zawsze o krok z przodu. Można to porównać do piłki nożnej. w pewnym momencie w piłce nożnej zaczęto grać futbol totalny, gdzie obrońcy grali często na pozycjach napastników, pomocnicy bronili, napastnicy odbierali piłkę przeciwnikom. Tylko że w piłce tak naprawdę nie wiadomo, kto wymyślił futbol totalny. w rugby wiadomo - Nowozelandczycy. To u nich zaczęli grać skrzydłowi, którzy mieli 2 m wzrostu, 120 kg wagi i osiągali setkę w 10,5 s. w innych drużynach tak wyglądał filar młyna! a u nich takimi gigantami byli najszybsi skrzydłowi, tacy jak np. legendarny Jonah Lomu, ale przecież nie był on jedynym takim zawodnikiem. Zatrzymać takiego nie jest łatwo. To oni jako pierwsi zaczęli wyprowadzać atak z własnej strefy obronnej. To u nich filar młyna biega setkę w 11 sekund.

    Czym konkretnie różni się gra Nowozelandczyków i Australijczyków od rugby na półkuli północnej?

    - Przede wszystkim już gra All Blacks i Australijczyków, których w rugby nazywa się Wallabies, się różni. Australijczycy do finezji, fantazji gry, jaką w futbolu mają Latynosi, szybkości Nowozelandczyków, dołączają wyrachowanie taktyczne. Obydwie drużyny, ale szczególnie All Blacks, grają najszybciej i najlepiej na świecie rękami, choć często w sposób nieprzewidywalny. Mają na przykład skrzydłowego Carlosa Spencera - imię wprowadza trochę w błąd, bo Carlos jest po części Maorysem - który genialnie zagrywa, ale też potrafi narazić drużynę jakąś zbyt ryzykowną akcją, bo sam chce wygrać mecz. Był dwukrotnie odsuwany od reprezentacji.

    Kiedy grałem w Brive, spotkaliśmy się z reprezentacją prowincji Auckland, która wygrała rozgrywki na półkuli południowej (tzw. Super 12, w których grają najlepsze drużyny z Nowej Zelandii, Australii i Rep. Płd. Afryki). My zaś byliśmy najlepsi jako klub na półkuli północnej. Był to zatem odpowiednik piłkarskiego Pucharu Interkontynentalnego. My chcieliśmy nadkruszyć ich młyn, liczyliśmy na naszą przewagę fizyczną. a oni, po pierwsze, wytrzymali nasz nacisk w młynie, natomiast sami grali bardzo szeroko, korzystając ze swojej przewagi fizycznej i szybkościowej na skrzydłach - ich skrzydłowy ważył 100 kg, nasz 70 kg, i biegał tak szybko, że był nie do złapania. Odstawaliśmy o klasę, choć przecież byliśmy najlepszym klubem Europy.

    Dobrze, ale All Blacks przegrywają półfinały - cztery lata temu z Francją, tym razem z Australią...

    - Cztery lata temu rozegrali w półfinale bardzo dziwny mecz. Nie udawały się im proste zagrania. Natomiast Francuzi po kilku błędach, które nie powinny się zdarzyć All Blacks, nabrali wiatru w żagle, wszystko zaczęło wychodzić, grali jak w transie. w kraju była żałoba, opuszczono flagi do połowy masztu.

    W tym roku znowu nieszczęście. Ja na nich stawiałem, uważałem, że tym razem musi im się udać zdobyć tytuł. Niestety, grali bez Lomu, który cierpi na niewydolność nerek, czeka go operacja. Kto widział Lomu podczas półfinałowego meczu z Anglią w 1995 roku, kiedy właściwie samodzielnie rozłożył Anglików czterema przyłożeniami, wie o co chodzi.

    To nie była jednak tak dojmująca strata jak kontuzja Tany`ego Umagi, przecinaka, czyli środkowego ataku. Kiedy w tym roku Nowozelandczycy dwukrotnie wygrywali wysoko z Australijczykami w prestiżowym Pucharze Trzech Narodów [w rozgrywkach uczestniczy Nowa Zelandia, Australia i RPA - red.], Umaga był najważniejszym zawodnikiem drużyny. i zabrakło go w kluczowych meczach. Wtedy jeden z Australijczyków, płacząc, powiedział załamany do kamery: - Dziś przegraliśmy tytuł mistrza świata. Więc jeśli bestii w rugby, Nowej Zelandii, wybija się dwa kły, nie jest już tak groźna.

    Jaka jest geneza tak dobrej gry Nowozelandczyków? To przecież niewielki kraj...

    - Jakie były początki? Nie wiem. Podejrzewam, że przywiezione przez emigrantów z Wielkiej Brytanii rugby trafiło na podatny grunt w postaci charakteru Maorysów, u których walka i wojna były we krwi. w końcu rugby to jedyna gra zespołowa mająca cechy sportów walki. i szybko stała się tam sportem powszechnym, skąd już tylko krok do sukcesów. Już na początku XX wieku, kiedy przyjechali do Europy na pierwsze tournée, rozgromili Anglików i wszystkich, z którymi grali.

    Chyba przeciwnicy nie przestraszyli się haki?

    - Haka nie jest do straszenia. Jest do mobilizacji drużyny, a także dla kibiców. Przeciwnicy znają hakę i są na nią przygotowani, kibice na nią czekają. Tylko raz widziałem incydent związany z haką, kiedy jeden z Anglików przed półfinałem mistrzostw świata w 1995 roku podszedł zbyt blisko do Nowozelandczyka tańczącego hakę i ten zaczął go straszyć maoryskimi minami wojennymi i wywalaniem języka.

    Skąd siła Nowej Zelandii teraz?

    - Kiedy rugby zdobyło w Nowej Zelandii niepodważalną pozycję sportu nr 1, było łatwo dominować. Tam każda szkoła podstawowa, każde gimnazjum, każdy college, uniwersytet ma swoją drużynę, każda prowincja ma swoją reprezentację, z której tworzona jest All Blacks.

    Trochę inaczej jest w Australii, gdzie rugby w wydaniu 15-osobowym, czyli takim, w jakim gra się na mistrzostwach świata, jest mniej popularne niż - przynajmniej w niektórych stanach - futbol australijski lub rugby 13-osobowe. Zresztą trzej bodaj najważniejsi zawodnicy drużyny australijskiej przeszli właśnie z rugby 13-osobowego, czyli Wendell Sailor, Matt Rogers i Lote Tuqiri. i to oni robili najważniejsze wyłomy wśród przeciwników w tych mistrzostwach świata.

    To rzeczywiście niezwykłe. Przecież właśnie Australijczycy są dominującą siłą w rugby. Wygrali dwa tytuły mistrza świata.

    - Rugby pasuje do Australijczyków, jest - jak mawiają Anglicy - sportem dla chuliganów uprawianym przez dżentelmenów.

    Trochę trudno w takie stwierdzenie uwierzyć, obserwując np. poczynania rugbistów z Gdyni, którzy uczestniczą w bójkach chuliganów piłkarskich...

    - To dlatego, że w Polsce jest mniej rugbistów niż np. we Francji sędziów rugby. Więc u nas łatwiej o wynaturzenia. a jednak rugby na całym świecie ma własną kulturę. We Francji mówi się o trzeciej połowie meczu, kiedy zawodnicy obydwu drużyn idą po meczu na piwo. Kibice wymieniają się adresami, aby móc nocować u siebie, kiedy trzeba jechać za drużyną do innego kraju, na stadionie nie ma wydzielonych trybun dla gości, nie ma barier, siatek, masowo sprzedaje się piwo na stadionach. Kiedy grałem na Wembley finał mistrzostw Walii, było 80 tys. ludzi. Kiedy na tym samym stadionie był mecz Walia - Anglia i z powodu przebudowy ich własnego stadionu gospodarzami byli Walijczycy, na trybunach było 70 tys. Walijczyków i 10 tys. Anglików. i dziesięciu policjantów. We Francji podobnie - 100 tys. na stadionie podczas finału ligi. To zupełnie coś innego niż piłka nożna. Zresztą nawet na Wembley był napis nad barem: "Piwo dla wszystkich oprócz kibiców futbolu".

    Nie uwierzę w dobry nastrój zawodników po meczu, kiedy widzę zagrania takie jak w młynie, kiedy przeciwnicy depczą korkami - przypomnijmy, że dłuższymi niż w piłce nożnej - po udach, brzuchach, rękach leżących pod młynem.

    - Ależ to jest OK. Nazywamy to czyszczeniem kołków. Tego leżącego nie powinno tam być. Jeśli leży, to albo jest słaby technicznie i nie zdołał się wyplątać z młyna po stronie własnej drużyny, albo z premedytacją przeszkadza przeciwnikom w młynie, nie pozwalając na wyprowadzenie piłki. Jak dostanie kołkami raz czy drugi, zniechęci się do przeszkadzania. To niepisana reguła - niektórzy sędziowie, zwłaszcza na niższym poziomie, nie tolerują takich zagrań, ale na wyższym jak najbardziej. Bo rugby musi mieć swoje tempo gry. Inaczej stanie się nudne.

    Inne kontuzje - pęknięte kości, a najczęściej zerwane więzadła kolanowe - też się zdarzają. To faktycznie nie jest sport dla grzecznych chłopców. Sam miałem urwany biceps, bo chciałem zatrzymać szarżującego przeciwnika. Po każdym meczu tydzień odpoczynku to minimum. Lepiej dwa tygodnie, ale wiadomo, że to niemożliwe.

    Dlaczego aż do 1995 roku rugby 15-osobowe było sportem amatorskim?

    - Podobno uparli się Anglicy zarządzający Rugby Union. Francuzi, u których grałem od wyjazdu z Polski w 1986 roku, z trudem to wytrzymywali. Kombinowali z etatami, płacili pod stołem, załatwiali honoraria rugbistom jako artystom za wykonanie przedstawienia w sobotę - tak nazywali w księgowych dokumentach mecz. Ja byłem do tego przyzwyczajony, bo przyjechałem z kraju, gdzie kombinowanie z etatami i innymi cudami było normą. Ale oni nie. na szczęście te czasy się skończyły. To dlatego w niektórych krajach tak bardzo rozwinęło się rugby 13-osobowe, które było zawodowe od początku XX wieku, kiedy właściciele kopalni płacili regularnie swoim pracownikom za grę w sobotę na meczu drużyn kopalnianych.

    Jednak rugby nadal ma - zwłaszcza w Polsce - status sportu amatorskiego albo półamatorskiego.

    - Rugby nie jest sportem olimpijskim, a wiadomo, jak sport nieolimpijski jest w Polsce traktowany. Jako niepotrzebny. Główną przeszkodą do wciągnięcia rugby do programu jest czas rozgrywania turnieju i liczba uczestników. Jestem pewien, że jak rugby znajdzie się na olimpiadzie, stanie się bardzo popularne w Polsce. To było widać było wpływie na młodzież transmisji mistrzostw świata w 1999 roku w Eurosporcie. do sekcji przychodziły masy ludzi. Trenerzy i sekcje - zupełnie nieprzygotowani do tego - musieli odmawiać. Minął więc najlepszy czas. a szkoda, bo muszę powiedzieć: Niech żyje rugby!


    37-letni Grzegorz Kacała był zawodnikiem reprezentacji Polski (27 występów), Lechii Gdańsk, Ogniwa Sopot, Olympique le Creusot, FC Grenoble (wicemistrzostwo Francji), Paris St. Germaine, CA Brive, RFC Cardiff (mistrzostwo ligi walijsko-szkockiej). w Walii otrzymał najwyższy wówczas kontrakt w historii obok Neila Jenkinsa - 200 tys. funtów. w 1997 roku na Millennium Stadium w Cardiff zdobył Puchar Europy z CA Brive, pokonując Leicester 28:9. Został uznany za najlepszego zawodnika finału. Odbierając Puchar, wobec 40 tys. widzów założył biało-czerwoną czapeczkę. Obecnie jest trenerem Ogniwa Sopot.




  • Zagadka Rugby (Polityka, nr 48/1999)


  • Kiedy Jacques Chirac był jeszcze merem Paryża, odbywał się na Parc-des-Princes mecz piłki nożnej Francja–Anglia. Po meczu nastąpiło to wszystko, co leży w zwyczaju pitków antropów zwanych dobrotliwie „szalikowcami”: wielogodzinne bitwy uliczne między zwolennikami przeciwnych stron, solidarna walka skłóconych dotąd grup z interweniującą policją, zdemolowanie kilkudziesięciu kawiarni, zniszczenie iluś tam samochodów etc. Prasa francuska oskarżyła władzę o niewystarczające zabezpieczenie okolic stadionu, nieudolne kierowanie siłami porządkowymi, ich przestarzałe wyposażenie etc. 

    Krytykowany zewsząd Jacques Chirac miał trudny orzech do zgryzienia. Bo oto za dwa tygodnie na tym samym stadionie odbyć się miał nowy mecz Francja–Anglia – tym razem w rugby. Wyciągając wnioski z piłkarskich doświadczeń ściągnięto bez mała parę dywizji CRS (odpowiednik naszego byłego ZOMO, tyle że dwakroć lepiej uzbrojony i czterokrotnie bardziej brutalny); każdego, kto choćby zakwilił brytyjskim lingwidżem, rewidowano na lotnisku, na ulicach, kilometr już przed areną. „Są to gesty prowokacyjne – przestrzegał słynny psycholog – gdyż nadobecność mundurowych automatycznie wywołuje u cywila odruch agresji”. W ostatniej chwili przebrano więc część policji w garnitury, a nawet sweterki ze znaczkiem Nike lub krokodylem Lacoste. Merostwo zamarło w oczekiwaniu. I co? – I nic. Nie zdarzyło się dosłownie nic. Z tym że nie była to w niczym zasługa policji. Kibice obu stron od początku do końca wspólnie na popijali piwko, komentowali akcje, śpiewali, a nawet – jak na harcerzyków przystało – wymieniali adresy.

    Następnego dnia dopiero rozpętała się burza. – Czy ten Chirac nie potrafi odróżnić rugby od piłki nożnej?! – Od niepamiętnych czasów podczas corocznych Turniejów Pięciu Narodów (Anglia, Szkocja, Irlandia, Walia, Francja) żadnemu kibicowi włos z głowy nie spadł, a on tu sprowadza tysiące gliniarzy. Za czyje pieniądze? – Nasze. Podatników! Niedługo może mu strzeli do głowy wysyłać na korty tenisowe brygady antyterrorystyczne... Jeśli nie ma pojęcia o tym, jaka jest publiczność oglądająca rugby, to od czego ma doradców? Cóż za wstyd przed studentami Oxfordu i Cambridge, których potraktowano jak potencjalnych przestępców.

    W pewnym stopniu nie można było odmówić rozsierdzonej prasie francuskiej niejakiej słuszności. Bo też rzeczywiście widzowie przychodzący na mecze rugby i piłki nożnej to dwa odrębne światy; na pewno zaś już różne obyczajem i tradycją. Niedawno skończyły się mistrzostwa świata w rugby. Podczas finałowego meczu rozgrywanego w Cardiff między Francją i Australią w loży honorowej, w piknikowej atmosferze zasiedli: królowa Elżbieta II, prezydent już tym razem Chirac, premierzy Anglii, Australii i Francji. Walka o najwyższą stawkę. na trybunach siedemdziesiąt tysięcy luda. Nie odnotowano żadnego ekscesu, nic nie zakłóciło spokoju i sielanki. na trybunach – powtarzam. Bo co się w tym czasie działo na boisku...

    Rugby to sport, którego przepisy dopuszczają niezwykle daleko idącą brutalność. Kontakt fizyczny jest gwałtowny i bolesny. na zawodnika ciśniętego na ziemię zwala się natychmiast co najmniej pół tony mięsa przeciwników i partnerów. W tym kłębowisku rozjuszonych ciał, podobnie zresztą jak w stanowiącym stały element gry tak zwanym „młynie” używa się wszelkich możliwych chwytów i sposobów. Po rzeczonym finałowym meczu Australijczycy skarżyli się, że Francuzi systematycznie wpychali palce w oczy i miażdżyli w pięściach jądra („L Equipe”, 8.11.1999 r., s. 6 – oficjalne oświadczenie doktora Johna Mayhewa). Podczas meczu Francja–Nowa Zelandia każdy telewidz mógł się szczegółowo przyjrzeć, jak francuski obrońca odgryza Nowozelandczykowi ucho. Nie jest to zresztą żaden ewenement. „L’Equipe-Magazine” przedstawiło niedawno zestaw zdjęć uszu czołowych rugbystów. Horror. Basia mało nie zemdlała. Rozszarpane, na  na  na  na  na  na  naderwane, przycięte. Na boisku krew leje się co chwila, sińców nikt nie liczy, a nawet ochraniacze nie zabezpieczają od utraty zębów trzonowych. Przed meczem wykonują Nowozelandczycy upiorny taniec, który ponoć wywodzi się z aborygeńskiej tradycji ichnich wysp, w przełożeniu na europejski język ruchowy zasadza się jednak przede wszystkim na pokazywaniu rywalom „gestu Kozakiewicza”, czy jak kto woli „dziobu pingwina”. Krótko mówiąc – zabawa na całego. Nic, co ludzkie, nie jest nam obce. Piłka nożna to przy rugby gra dla wydelikaconych prymusów, którzy nie chodzą na lekcje WF ze względu na katar sienny.

    I nagle ta niespodzianka, ten paradoks, zagadka: to co na murawie i to co na trybunach. „Rugby – tłumaczy psycholog (profesor z renomowanej uczelni, a jakże) – to sport tak agresywny, że uwalnia widzów z ich własnego instynktu agresji. Oglądając wydarzenia na boisku spektator wciela się niejako w zawodników i poprzez ich złość wyładowuje własne niespełnienia. Uspokaja się, wycisza... Gwałt, którego każdy z nas podświadomie chciałby dokonać, jest już zastępczo spełniony przez rywalizujące drużyny. Dlatego rugby jakże słusznie jest niezbędnym elementem wychowania w naszych szkołach (walijskich – przyp. LS). Pozwala bowiem na rozładowanie energii poprzez własne uczestnictwo lub utożsamienie się z walczącymi kolegami”.

    I byłoby to właściwie przekonujące. Kibice rugby rzeczywiście siedzą na ławkach jak baranki. Niestety inni psycholodzy (też utytułowani i którzy zdążyli już nadać sobie po parę honoris causów nawzajem) tłumaczą nam coś wręcz przeciwnego: Banalizowanie obrazów bezprawia i kultu siły w kinie, telewizji i innych środkach masowego przekazu prowadzi do moralnego zwyrodnienia młodzieży przede wszystkim, która podatna jest na podświadome naśladownictwo, zapomina patrząc na te obrzydliwości o wrodzonym systemie wartości i w konsekwencji demoralizuje się ostatecznie. Dlatego należy kategorycznie ograniczyć emisję filmów przedstawiających akty przemocy. Szczególnie chronić przed nimi dorastającą młodzież. Najlepiej drogą aktów legislacyjnych. Zakazać, nim nie będzie za późno!

    Nie pasjonuję się specjalnie meczami rugby i oglądam je właściwie tylko dlatego, że jest to mój miód na serce po przeczytaniu enuncjacji polskich autorytetów psychologicznych. Nie to, żebym się z nimi chciał kłócić, zaprzeczać i negować... Broń mnie Panie Boże! – Myślę tylko, acz wiem, że to już herezja, że to wszystko – stróżowie moralności telewizyjnych programów – nie takie zupełnie oczywiste i proste.

    Ludwik Stomma




  • Wszystko dla jaja (Polityka, nr 24/2003)


  • Graniem w rugby nie można w Polsce zarobić na życie. Ale ten sport daje zawodnikom niezły posag. Zostają bramkarzami w dyskotekach i ochroniarzami, grają za granicą, zakładają firmy, pracują na uczelniach. Tyle że niektórych z nich szuka potem policja.

    Mateusz Jaszczuk, 31 lat, właściciel Biura Ochrony Pogoń, gracz Skry Warszawa, trzyma na ścianie gabinetu dyplomy za dobrze wykonywaną pracę, portret prezydenta z autografem i zdjęcie swojej dawnej drużyny AZS AWF. Wylicza dotykając główek kolegów na zdjęciu: – Ten handluje lekami, a ten warzywami. Ten odpowiada za ochronę nowego hotelu w centrum. Ten pracuje w firmie windykacyjnej, ale takiej normalnej. Jeden jest w legii cudzoziemskiej, dalej gra tam w rugby.

    Oprócz tego jest kolega w radzie zarządu powiatu i doktor chemii, który szuka szczepionki na AIDS. Kilku trafiło do Biura Ochrony Rządu. Prawie każdy dorabiał kiedyś na bramce.


    Zgrani

    AWF najmował rugbistów do ochrony juwenaliów. Rugbistów, a nie bokserów lub karateków, woleli również właściciele klubów i dyskotek. – Bo bokser to indywidualista – mówi Jaszczuk. – A rugbiści są zgrani.

    Zgrani rugbiści szli razem w miasto, pili piwo, byli głośni i wyglądali groźnie. Mieli błogą świadomość, że nikt im nie podskoczy. Nie ma co ukrywać, czasem ktoś przelotnie dostał w twarz, ale taki koloryt. Gracze mówią, że rugby wyrabia szybkość i charakter. Że to chuligańska gra dla dżentelmenów. Wymaga zgolenia głowy na jeża. Taka fryzura upodabnia niektórych zawodników do półświatkowców, ale dzięki niej przeciwnik nie ciągnie za włosy na boisku. Nie ma także za co ciągnąć pijany gość, próbujący wedrzeć się do dyskoteki bez zaproszenia.

    To nie jest gra dla grzecznych chłopców – przekonuje Grzegorz Kacała, 35 lat, trener Ogniwa Sopot. – Wielu ludzi kojarzy rugby z grą dla wieśniaków, polegającą na biegu z piłką pod pachą i dzieleniu piąch. To jest sport taktyczny. Bardziej skomplikowany niż piłka nożna. Elitarny.

    Od graczy można usłyszeć teorię o wyższości piłki jajowatej nad kulistą: najpierw było jajo.

    Rugby wciąga, szkoda, że nie płaci. Jaszczuk został rugbistą i ochroniarzem niemal jednocześnie w wieku 18 lat. Był dobrze zbudowany i rogaty na duszy. Zaczynał, kiedy budził się polski kapitalizm, i dzięki temu dziś zna ochroniarski fach na wylot. Ze względu na zgranie najchętniej zatrudnia rugbistów w głównych załogach interwencyjnych swojego biura ochrony.


    Sławni

    Kacała, najlepszy polski rugbista, niedawno wrócił do Polski z zagranicznych kontraktów. Przez 12 lat grał w krajach, gdzie rugby jest niemal religią. Jego francuska drużyna Brive zdobywała Puchar Europy. O francuski paszport dla Grzegorza zabiegał osobiście Jacques Chirac. W walijskim Cardiff ludzie na ulicach prosili o autografy i ciągnęli do pubów.


    Przed wyjazdem na Zachód Kacała był szalikowcem, oddanym kibicem Lechii Gdańsk, ciężkim charakterem bez planów na przyszłość. Dziś mówi, że to rugby odciągnęło go od bycia stadionowym chuliganem. Dziś też, skoro przekroczył wiek poborowy, może powiedzieć, że pojechał za granicę dla pieniędzy i żeby nie iść do wojska. We Francji pomógł mu się ustawić inny Polak, kolega z Gdańska. Marek Płonka, 41 lat, absolwent AWF, teraz trener mistrza Polski w rugby – Lechii Gdańsk, występował tam w lidze, a przedtem dorabiał na budowach. Jakub Szymański, też po AWF, grał w RPA, gdzie rugby jest sportem dla białych w odróżnieniu od piłki nożnej. Trenowali, każdy w swoim mieście, po dwa razy dziennie. Ale wreszcie zarabiali na rugby. To była praca i żony przestały się gniewać o ich siniaki, od kiedy każdy miał swoją cenę.

    Dostawałem tysiąc dolarów miesięcznie, miałem służbowy samochód i mieszkanie – mówi Kacała. – Potem rozdzwoniły się telefony z propozycjami od innych klubów i pomyślałem, że może to za mało.

    W Cardiff Kacała miał kontrakt artysty. To, co robił, nie uległo zmianie, ale na Wyspach rugby nie było jeszcze zawodowe. Kluby wrzucały ten sport do pojemnego worka z napisem show. Każdy rugbista był showmanem, bo zabawiał tłumy.

    W Polsce Grzegorz Kacała nie żyje z trenerstwa. Mówi, że to funkcja, nie praca. Dopływ pieniędzy zapewnia mu wynajem francuskiego domu. Chłopaków z Ogniwa Sopot Grzegorz motywuje Europą – jak wejdziemy do Unii, będą mogli legalnie wyjechać, grać w rugby na Zachodzie.

    Kuba Szymański zjechał do kraju, kiedy w RPA doszedł do władzy Nelson Mandela i zrobiło się dla białych niebezpiecznie. Dziś jest dyrektorem Aqua Parku w Sopocie.

    Marek Płonka wrócił do Polski po 7 latach. Pracował jako bramkarz w nocnym klubie, prowadził szkolną stołówkę, teraz będzie nauczycielem wuefu o specjalizacji rugby. – We Francji nauczyciel to klasa średnia, zarabia dwa i pół raza więcej niż robotnik budowlany – mówi. – Jak wejdziemy do Unii, może i u nas tak będzie.


    Biedni

    Jan Kozłowski, marszałek województwa pomorskiego, zaraził się rugby będąc prezydentem Sopotu. Klub z jego miasta, Ogniwo, właśnie odzyskał i mocno trzymał tytuł mistrza Polski. Prezydent obejrzał parę meczów i dowiedział się, że Trójmiasto to zagłębie polskiego rugby. Kilku zawodników na kilometr kwadratowy. Potem, kiedy został wiceministrem sportu, delegacja graczy przyjechała do Warszawy namawiać go na prezesurę Polskiego Związku Rugby (PZR). Decyzja była ryzykowna – wyglądało na to, że sport traci czystość, gazety pisały o kryminalnych wyczynach kilku rugbistów z Wybrzeża. Byli wśród nich podejrzani o porwanie dla okupu, pobicia, napad na hurtownię papierosów, związki z mafią. Jeden z młodych rugbistów, podejrzany o legalizację luksusowych aut kradzionych w Niemczech, uciekał przed policją z własnej matury – przez okno po rynnie. Potem przedostał się za granicę. Kacała pomagał mu się zainstalować we francuskiej lidze.

    Rugby – rodzaj gry w piłkę między 15-osobowymi lub (tzw. tańsza wersja) 7-osobowymi drużynami. Piłka ma kształt jaja. Można ją podawać rękami wyłącznie do tyłu, kopać zaś we wszystkich kierunkach. Gra bardziej taktycznie urozmaicona niż piłka nożna. Pierwszy polski klub rugby Orzeł Biały powstał w Warszawie w 1921 r. Gra narodziła się w Anglii. „7 kwietnia 1823 jeden z uczniów męskiego gimnazjum w Rugby (miasteczko w pobliżu Birmingham w środkowej Anglii) Wiliam Webb Ellis podczas niezwykle wyrównanego meczu piłki nożnej postanowił rozstrzygnąć wynik gry w sposób niekonwencjonalny. Złapał piłkę pod pachę i mijając zaskoczonych graczy, przebiegł z nią całe boisko i położył w bramce rywali. I choć incydent ten został uznany za złamanie etyki sportowej walki, a jego sprawca miał wiele nieprzyjemności, to dał początek nowej grze zespołowej”.

    Źródło: PZR
    Grający wtedy na Zachodzie polscy rugbiści mówią, że kiedy przyjeżdżali do kraju, nie mogli się nadziwić, że tylu kolegów wędruje ulicami z tablicami rejestracyjnymi pod pachą. Najwidoczniej naprawdę obracali autami na większą skalę. Holland, czołowy zawodnik i sponsor Lechii Gdańsk, poszedł do więzienia za przemyt 111 kg kokainy. na meczach piłki nożnej rozrabiali trenujący rugby szalikowcy.

    Mimo to Kozłowski zgodził się zostać prezesem rugbystów. – Niektórzy się dziwili, że ryzykuję nazwiskiem – mówi marszałek. – Ale warto było zaryzykować, żeby nie oddawać tego sportu w przypadkowe ręce. Może miałbym jakieś wątpliwości, gdybym był osobą nieznaną. Chciałem odczarować złą atmosferę wokół polskiego rugby.

    Nie jest to sport olimpijski, więc dostaje z budżetu ministerstwa znacznie mniej pieniędzy. Czyni to z rugbistów hobbistów. na zgrupowaniach zawodnicy trenują ubrani w niejednolite stroje. Kozłowski zaczął działać, namówił duży bank i kancelarię prawniczą do sponsorowania, ale inni nie chcieli nawet słyszeć o związkach z „tymi łysymi łbami”. Kilku dawało pieniądze z przyjaźni, ale po cichu. Za ministerialnych czasów Kozłowskiego zawodnik kadry dostawał tysiąc złotych na miesiąc. Zdaniem prezesa, gdyby można było utrzymać przy rugby chociaż takie pieniądze, wielu zawodników by się nie skrzywiło. – Najlepszy bat na zawodnika to bat finansowy.

    Od kiedy prezes PZR nie jest ministrem, pula się zmniejszyła. Sponsor płaci graczom 70 zł za dzień zgrupowania. Z ministerialnej kasy związek dostaje 900 tys. zł rocznie. Za transmisję meczu rugby TV każe sobie płacić 15 tys. A i tak puszcza zawsze tuż przed północą, kiedy mało kto ogląda. Koło się zamyka: sport niepopularny, bo nie ma go w TV i nie ma go w TV, bo niepopularny.


    Osądzeni

    Wspomniany Holland to Andrzej Jermakow, 42 lata, były reprezentant kraju, przez wiele lat król strzelców, biznesmen. Wrócił niedawno z więzienia do swojego gdańskiego domu. Sąd skazał go w 1999 r. na 30 miesięcy za przemyt kokainy z Kolumbii do Polski na początku
    lat 90. Wcześniej dostał wyrok w zawieszeniu za paserstwo. Chodziło o kradzione samochody – przed sądem stawał wtedy jeszcze jeden rugbista z Gdańska, również reprezentant Polski. – Człowiek marzył o samochodach i helikopterach – tłumaczy dziś Holland.

    Żaden członek kadry narodowej, który z nim grał, nie powie o nim złego słowa. Mówią, że owszem, przestępca, że rzucił złe światło na rugby. Ale dobry kolega, świetny zawodnik i oddałby za rugby ostatnią koszulę. Jermakow trafił do Lechii, kiedy miał 7 lat, i zawsze grał tylko w tym klubie. Był współwłaścicielem firmy Beaver posiadającej kilka myjni samochodowych w Trójmieście i właścicielem pubu Holland, do którego przychodzili rugbiści. Sponsorował Lechię, jednocześnie grając w niej. Jeszcze dziś Lechia-Beaver kojarzy się w Gdańsku z drużyną rugby i jej dobrą passą.

    Stworzyłem silny klub rugby, wytyczyłem poziom, do którego trzeba dążyć – mówi Jermakow. – Lechia zdobyła wtedy tytuł mistrza Polski pierwszy raz od 24 lat.

    Jednak wkrótce atmosfera wokół firmy Beaver się zagęściła. Udziały w firmie miał też Wojciech K., postrzelony podczas zamachu na Nikosia, oraz prodziekan Wydziału Prawa Uniwersytetu Gdańskiego, który w 1999 r. został prezesem Polskiego Związku Rugby. Jermakow narzeka, że od pewnego czasu media traktowały słowa rugbiści i mafia niemal jak synonimy, co tylko pogarszało sytuację. Po wyjściu z więzienia Jermakow rozpoczął na nowo treningi w Lechii Gdańsk. Ale wkrótce dowiedział się, że macierzysty klub go nie chce. – Podnoszę się z kolan, zaczynam funkcjonować w otoczeniu, a koledzy z klubu mówią lokalnej gazecie, że nie chcą mieć nic wspólnego z moim nazwiskiem – opowiada.

    Jeszcze walczył, grał w Juvenii Kraków, jednej z najsłabszych drużyn w Polsce. Mówi, że przyjęli go tam bez zastrzeżeń, znów poczuł się w swoim żywiole. na mecze latał z Gdańska samolotem. Dziś Jermakow dochodzi do siebie po kontuzji, ma nogę w gipsie, nadal prowadzi firmę Beaver. Mówi, że już do rugby nie wróci. Tymczasem zmienił się zarząd Lechii, ale nie mają dla niego propozycji. Gdyby chcieli go na trenera, zgodzi się od razu.

    Lechia to moja pierwsza miłość – uśmiecha się.


    Zakochani

    Krzysztof Folc, 40 lat, były reprezentant kraju, teraz trener i sponsor drużyny AZS AWF Warszawa, mówi, że dziennikarze interesują się rugby wtedy, kiedy jakiś gracz coś przeskrobie. Wcześniej przy okazji sprawy Hollanda. Ostatnio – kiedy odkryli, że w kwietniowej bijatyce między szalikowcami Śląska Wrocław i Arki Gdynia, w której zginął człowiek, brał udział rugbista z Arki. To Folca obraża, bo w tym kontekście używało się słowa rugbiści pisząc o zwykłych chuliganach z trzeciego składu jego klubu, nie o prawdziwych graczach. Natomiast nigdy media nie wspomną o rodzinnej atmosferze wśród zawodników, o kulturze kibiców na meczach rugby i o „trzeciej połowie”, czyli pojednaniu zawodników przy piwku i kiełbasce. Oraz o tym, jak wielu chłopakom z blokowisk rugby naprostowało życie.

    Pod koniec lat 90. Folc wyjechał do Singapuru, trochę, żeby grać, trochę handlować elektroniką. Dziś jest właścicielem klubu sportowego Folc i kilku sklepów ze sprzętem sportowym. W 1996 r. wskrzesił swoją macierzystą drużynę AZS AWF, wówczas w rozsypce. Inni rugbiści AWF, wśród nich Mateusz Jaszczuk, właściciel Biura Ochrony Pogoń, próbowali wtedy zaszczepić ten sport w Centrum Szkolenia Policji w Legionowie, co się nie udało. Folc zaczynał na nowo z 15-latkami. Jeździł z kolegami rugbistami po podstawówkach, urządzali pokazowe mecze, dawał szkołom sprzęt sportowy w zamian za zawodników. Wybrał dobrych ludzi, pierwszy nabór wciąż jest trzonem AZS AWF Folc Warszawa. Jego firma płaci za wszystko oprócz boiska.

    – Rugby funkcjonuje w Polsce dzięki ludziom, którzy je pokochali – mówi Krzysztof Folc. ­– Montowanie kadry na mecze międzynarodowe wygląda jak pospolite ruszenie. Dzwoni się do kolegów i pyta, czy mają czas i ważny paszport.

    Grzegorz Kacała opowiada, że przed zeszłorocznym wyjazdem na mecz do Szwecji doszło do buntu kadry. Zawodnicy nie chcieli wsiąść na prom, mieli dosyć takiego harcerstwa – błagania szefów o parę wolnych dni w pracy, płacenia za bilety i noclegi z własnych kieszeni. Mało nie oddali meczu walkowerem. Ale pojechali i wygrali, znowu pokazali, że zrobią wszystko dla jaja.

    Kacała, nawet jeszcze w wieku poborowym, przyjeżdżał do Sopotu organizować turnieje rugby dla amatorów. Po jednym z takich turniejów, w połowie lat 90., narodziła się drużyna rugby Arki Gdynia. Stworzyli ją chuligani, zaprawieni w bojach stadionowych szalikowcy, koledzy z blokowisk, sportretowani później w filmie Sylwestra Latkowskiego „To my, rugbiści”.

    Darek Komisarczuk, 30 lat, reprezentant Polski, prywatnie przedstawiciel handlowy Żywca, przeszedł z sopockiego klubu, wówczas mistrza Polski, do nowo powstałej Arki na prośbę kumpli z osiedla. Potem ściągnęli do współpracy innego profesjonalistę Jakuba Szymańskiego. Znaleźli sponsorów. Dziś mają stadion, kilka drużyn, w tym małych chłopaków, zwanych żakami, i poparcie władz miasta. Niedawno jeden z założycieli sekcji był poszukiwany listem gończym, podejrzewano go o napad na hurtownię. Odsiedział 3 miesiące, okazało się, że był niewinny. W Arce lubią mówić, że stali się przedsiębiorstwem. Wynaleźli w Internecie trenera z Fidżi i sprowadzili go do Gdyni. Muszą jeszcze kiedyś wygrać mistrza Polski.

    Sekcja odciąga chłopaków od chuliganki – mówi Komisarczuk. – Obserwowaliśmy tu metamorfozę od szalikowców do rugbistów. Nawet jeśli przychodzi jakiś tur, to szybko odpada, bo tu trzeba biegać. My jesteśmy chorzy na rugby.

    Mirosław Żórawski, 38 lat, były reprezentant, trener drużyny Budowlani Łódź, faworyta w tegorocznych mistrzostwach, jest jednym z kilku ludzi, którzy żyją z rugby w Polsce. Prowadzi kilka drużyn i sędziuje. Pochodzi z łódzkiego Polesia, mówi, że pierwszą szkołą życia była dla niego ulica i walki na pięści . Teraz próbuje kształtować innych małych twardzieli.

     To zawsze są trudne charaktery, pewne siebie, zadziorne chłopaki – ocenia Żórawski. – Znam takich, którzy się skrzywili, wpadli w narkotyki, poszli do więzienia. I wielu takich, którzy w rugby uwierzyli, zwiedzili świat, znaleźli pracę. I teraz nie potrafią bez rugby żyć. A inaczej byłyby z nich takie przeciętne robole.

    Marcin Kołodziejczyk




  • Rzemieślniczy Klub Sportowy Juvenia (Gazeta Wyborcza, 15 lutego 2002)


  • Rzemieślniczy Klub Sportowy Juvenia jest równolatkiem takich uznanych firm jak Wisła i Cracovia. Dzisiaj o jego sile decyduje zespół rugbistów. Początek Juvenii datowany jest na rok 1906. Parę miesięcy wcześniej powstały kluby "Pasów" i "Białej Gwiazdy".


    Nie upierają się

    - Nie chcemy się upierać, że to Juvenia była pierwsza - deklaruje prezes klubu Leszek Samel. Ale w okolicznościowym wydawnictwie poświęconym 70. rocznicy Juvenii przypomniane jest stowarzyszenie sportowe terminatorów "Patronat", założone w 1897 roku, które miało być poprzednikiem klubu z krakowskich Błoń.

    Już pięć lat po oficjalnym powstaniu Juvenia dorobiła się własnego stadionu. Podczas okupacji hitlerowskiej na boisku Juvenii rozgrywano konspiracyjne mistrzostwa Krakowa w piłce nożnej. w turniejach brały udział takie uznane firmy, jak Wisła, Cracovia, Garbarnia czy Wawel, obecny sąsiad Zwierzyniecki, a także kluby, które zniknęły już z mapy sportowego Krakowa: Bloki i Sparta.

    Według klubowych kronik pierwszy mecz po wyzwoleniu miasta rozegrano 28 stycznia 1945 roku właśnie na stadionie Juvenii między gospodarzami a Zwierzynieckim. Klubowe annały wspominają też o historii z lat stalinowskich, kiedy w sekcji rugby przez chwilę działał aktor Jerzy Bińczycki. Mieściła się wtedy w budynku "Sokoła". Tuż po wojnie Juvenia posiadała jeszcze m.in. sekcje: koszykówki, badmintona, brydża sportowego, szachów, ping-ponga i podnoszenia ciężarów. Archiwum klubowe jest dosyć skromne, o większości historycznych wydarzeń można się dowiedzieć ze wspomnianego wyżej jubileuszowego wydawnictwa.


    Dźwigali ciężary

    Do lat 70., kiedy działalność w Juvenii rozpoczynali obecny prezes Leszek Samel i drugi trener rugbistów Janusz Wilk, przetrwały sekcje podnoszenia ciężarów, szachów, brydża, ping-ponga i piłki nożnej. w 1974 roku zapaleńcy jajowatej piłki utworzyli sekcję rugby. - Działaliśmy bez własnej hali - podkreśla Samel.

    Teraz oprócz rugby (Mamy drugą męską drużynę z Krakowa w najwyższej klasie rozgrywek, po piłkarzach Wisły - cieszy się prezes Samel) w Juvenii działa jedynie sekcja piłki nożnej. Ale tylko juniorów, do lat 19, którzy występują w A klasie. - Została w zasadzie ze względu na tradycję - przyznaje Samel.

    Zresztą sukcesy rugbistów to dopiero ostatnie lata. Krzysztof Kalisz, animator krakowskiego rugby, założyciel sekcji i jej długoletni kierownik, w 1986 roku przeniósł się do Korony. Wraz z nim przeprowadziła się cała sekcja. Tam działała przez trzy sezony aż "zmarła" śmiercią naturalną. Krakowscy sympatycy doprowadzili do odrodzenia rugby w 1993 roku. Najpierw jako Rugby Klub Kraków, a później z powrotem jako odrębna sekcja Juvenii.

    Z oficjalnej nazwy Rzemieślniczy Klub Sportowy Juvenia literka "R" pozostała właściwie też ze względu na tradycję. - Izba Rzemieślnicza pomaga nam okazjonalnie - mówi Samel. - Czasami ufunduje jakieś puchary; może będzie nieco lepiej. Niedawno wybrano nowe władze Izby, które patrzą na Juvenię przychylniejszym okiem.


    Myślą o trybunie

    Oprócz sporadycznej pomocy z Izby Juvenia finansowana jest z miejskiej kasy. - Dzięki dotacjom możemy prowadzić działalność z młodzieżą - otwarcie przyznaje Samel. - Startujemy w konkursach grantowych; trzeba całą książkę napisać - śmieje się prezes. Oprócz pomocy miasta klub stara się też o pieniądze z innych źródeł. Juvenia wynajmuje pomieszczenia dla klubu fitness i kawiarni Maraska. Te fundusze wystarczają na utrzymanie. Pieniądze z miasta pozwalają także na przeprowadzenie koniecznych napraw. Teraz pilną sprawą jest remont kotłowni gazowej. Trwa także remont (a właściwie budowa) trybuny dla widzów. Zostaną tam zamontowane siedzenia. o pilnej potrzebie urządzenia miejsca dla publiczności świadczy coraz większa liczba widzów, którzy przychodzą na mecze. Spotkania z drużynami z czołówki ligi przyciągały po 200 osób.


    Gdy wkroczył Niedźwiecki

    Po przyjściu do klubu trenera Macieja Powały Niedźwieckiego "przesterowano" system szkolenia. Pracuje się już z 12-latkami. - Klub zaczął znowu żyć - cieszy się prezes. Stwarza to mocną podstawę, żeby pierwsza drużyna (Nasza wizytówka - mówi Samel) mogła funkcjonować, jak należy.

    Przez długi czas Juvenia była krajowym "kopciuszkiem" w rugby. Największym sukcesem pozostawał półfinał Pucharu Polski z 1976 roku, przegrany z Czarnymi Bytom 12:15. z kolei dla Samela jednym z ważniejszych osiągnięć był międzynarodowy turniej. Podczas meczu z niepokonaną drużyną walijską zdobył cenne punkty: - Ta akcja śni mi się do dziś po nocach. To były jedyne punkty stracone przez Walijczyków w całym turnieju.
    (...)

    Michał Boroń




  • Rozmowa z rugbistą Waldemarem Szwichtenbergiem (Gazeta Wyborcza, 4 kwietnia 2004)


  • Jeszcze trzy lata temu był jednym z najlepszych polskich rugbistów. - Mam kłopoty z piszczelami, dlatego nie gram - mówi Waldemar Szwichtenberg, który być może za tydzień wybiegnie na boisko. na razie trenuje młodzież w gdyńskiej Arce.

    Waldemar Szwichtenberg ma 29 lat i zawsze lubił sport. Biegał, pchał kulą, skakał w dal, grał w piłkę nożną, pływał. Wśród zainteresowań było też rugby. - Dzięki starszym braciom, którzy grali w rugby, już w wieku sześciu lat wiedziałem, o co chodzi w tej dyscyplinie. na serio zacząłem trenować cztery lata później - mówi. Urodził się w Gdańsku, ale nigdy nie był zawodnikiem Lechii. Mistrzostwa Polski w każdej kategorii wiekowej zdobywał z sopockim Ogniwem, później przeniósł się do Arki Gdynia, z którą trzy razy był wicemistrzem kraju. w reprezentacji Polski rozegrał prawie 40 spotkań. Choć przez lata był czołowym polskim zawodnikiem, nigdy nie został wybrany na rugbistę roku. - Tego mi brakuje - przyznaje. Prywatnie związany z Joanną Cupryś, koszykarką reprezentacji Polski i Lotosu VBW Clima Gdynia.


    WALDEMAR GABIS: Jeszcze trzy lata temu był Pan jednym z najlepszych polskich rugbistów, ale od tego czasu nie gra.

    WALDEMAR SZWICHTENBERG: Ciągle mam problemy z piszczelami. Mam bliżej nieokreślony zespół bólowy. Lekarze nie potrafili zdiagnozować, co mi jest, żaden nie wie, jak tę przypadłość leczyć. Może chodziłem do złych lekarzy? Ostatnio chodzę do neurologa, może to coś wykaże. Ale nadal trenuję. Jestem praktycznie na każdym treningu, tylko natężenie ćwiczeń mam inne niż koledzy. Ćwiczę pół godziny, góra godzinę, bo potem ból się odzywa. Może za tydzień w meczu z Budowlanymi Łódź w Gdyni usiądę na ławie, może zagram parę minut.

    Rok temu mistrzem było Ogniwo. Kto w tym roku? Lechia? Arka?

    - Byłem na sobotnim meczu Lechii z Ogniwem. Ogniwo przegrało wysoko, widać brak treningu, zgrania. Trenerem jest Jarek Hodura, to dobrze. na pewno będzie pomagał mu Grzechu Kacała. w Sopocie na pewno mają kim grać, z biegiem czasu się rozegrają. Lechia mecz wygrała młynem, ale rewelacji nie pokazała. Mimo wszystko jest jednym z kandydatów do tytułu. A Arka? Chłopaki sa nastawieni bardzo bojowo.

    Arkę trenują Dariusz Komisarczuk i Maciej Stachura, Pana nie ma w sztabie szkoleniowym, chociaż w poprzednich sezonach pomagał Pan pierwszym trenerom.

    - Tamta sytuacja była inna. Przez problemy zdrowotne i częściowo zawodowe nie mogłem się skupić na rugby. Zapadła decyzja, że oni będą prowadzili zespół i bardzo dobrze. Darek wie o co w tym wszystkim chodzi, "Stachu" ma geny trenerskie po tacie, korzysta z internetu, uczy się od lepszych. Widać, że obaj chcą coś zrobić.

    W pomorskim rugby nie dzieje się chyba najlepiej. Dwa lata temu zawodnicy Lechii doprowadzili do zwolnienia trenera Stanisława Zielińskiego, w tym roku w Sopocie działacze nie chcieli w roli szkoleniowców widzieć Sylwestra Hodury i Grzegorza Kacały.

    - Nie oszukujmy się, Grzesiek Kacała jest najlepszym trenerem w Polsce, a przez to, że grał w najlepszych klubach w Europie, ma ogromną wiedzę. Poza tym ma świetny przekaz, fantastycznie opowiada o rugby, potrafi swoim zaangażowaniem wpływać na innych. Ale chciał wprowadzić klub zawodowy czy półzawodowy, a to chyba nie spodobało się działaczom z Sopotu. Ci sami działacze potem sprowadzili "Kubę" [Jakuba Szymańskiego - red.], któremu obiecywali prowadzenie zespołu, a który niedługo później musiał odejść. Głupio wyszło.

    A co do Lechii. Rozmawiałem kiedyś z Markiem Płonką. U nas nadal pokutuje społecznikowski wzorzec działacza, który siedzi i czeka, aż coś się stanie, aż ktoś przyjdzie i coś zaproponuje. A oni, czyli zawodnicy, chcieli wziąć sprawy w swoje ręce. i wzięli. To chyba dobrze.

    Na razie Pan nie gra, ale w Arce uczy rugby młodych chłopaków. Są talenty?

    - Od ponad miesiąca prowadzę grupę 14-15-latków, już teraz widzę efekty tej pracy. Jest dwóch chłopaków, po których widać, że mają to coś. z innymi trzeba popracować. Nie nastawiam się na sukcesy teraz, oni mają odnosić sukcesy w seniorach. Teraz rugby ma być dla nich przede wszystkim przyjemnością.





  • Rugbiści rozpoczynają rozgrywki ligowe (Gazeta Wyborcza, 2 kwietnia 2004)


  • Sopockie Ogniwo ma niewielkie szanse na obronę tytułu mistrza Polski. Czy honor trójmiejskiego rugby obronią gdańska Lechia i gdyńska Arka? Obie drużyny mają apetyt na złoto.

    Porta Ogniwo Sopot

    W czerwcu ubiegłego roku rola obrońcy honoru trójmiejskiej specjalności sportowej przypadła drużynie z Sopotu. Ogniwo zdobyło mistrzostwo Polski. Gdańska Lechia nie dała rady zdobyć choćby brązowego medalu, Arka musiała walczyć tylko o 5. miejsce, AZS AWFiS Gdańsk walczył o utrzymanie się w I lidze. Zima była jednak w Sopocie gorąca. Zarząd klubu zrezygnował ze współpracy z trenerami Grzegorzem Kacałą i Sylwestrem Hodurą, zatrudnił na ich miejsce Jakuba Szymańskiego, współtwórcę drużyny Arki. Zawodnicy w większości zaakceptowali nowego trenera. z czasem jednak na treningi zaczęło przychodzić coraz mniej graczy Ogniwa. Kilkanaście dni temu Szymański trenował tylko z... dwoma rugbistami. Dla młodszych zawodników Ogniwa Kacała i Hodura są największymi autorytetami rugby. na nieoficjalne treningi prowadzone przez tę dwójkę przychodziła niemal cała drużyna mistrzów Polski. W środę zarząd Ogniwa przychylił się do prośby drużyny, by przejął ją Jarosław Hodura, z którym niespełna dwa lata temu sopocianie zdobyli brązowy medal. Nie zmienia to faktu, że ekipa z Sopotu jest psychicznie rozbita i nieprzygotowana do obrony tytułu.

    Lechia Gdańsk

    Niezmiennie najwyższe aspiracje mają gdańszczanie. Trener Lechii Marek Płonka mówi wprost: Interesuje nas medal, najlepiej złoty. Argumenty? Lechia pozyskała z Ogniwa Marcina Baraniaka, jednego z najlepszych polskich skrzydłowych. Powrót do gry zapowiada Dariusz Marciniak, który wraca ze Stanów Zjednoczonych, a Andrzeja Potarowicza trener chowa niczym jokera w talii. - Po kontuzji dmuchamy na zimne, ale na play off [czerwiec - red.] Andrzej powinien być gotowy. Jest jeszcze Maciej Szablewski II, a mogło być lepiej, gdyby Lechię było stać na zapłacenie 50 tysięcy złotych za reprezentacyjnego obrońcę z Lublina Piotra Jurkowskiego. Popularny "Gacek" żądał od Lechii dwóch tysięcy zł miesięcznie oraz wynajęcia mieszkania. Jurkowski ostatecznie został wypożyczony do Orkana Sochaczew.

    Gdańszczanie byli na kilkudniowym obozie, ale trener Płonka jest zadowolony przede wszystkim z tego, że drużyna trenowała trzy razy w tygodniu, a to, zważywszy na amatorstwo w polskim rugby, już jest nieźle.

    Arka Gdynia

    Pełna nadziei do gry na wiosnę przystępuje Arka. Dwóch Ukraińców, Andriej Mielnikow i Dmitrij Kirsanow, dołączy do drużyny w drugiej kolejce spotkań, ale już w niedzielę w Lublinie Arkę wesprze były reprezentant Rosji Stanisław Kliczyn. Zagra na pozycji łącznika ataku. - Liczymy na niego, koledzy z drużyny komplementują jego postawę na boisku - mówi "Gazecie" Adam Gaszkowski, kierownik RC Arka Gdynia. Kliczyn ma być także podstawowym kopaczem Arki. Gdynianie zdają sobie sprawę ze swoich słabości, próbują je wyeliminować, chcą grać efektowne i efektywne rugby. - Dla nas każdy mecz będzie finałem - deklaruje Gaszkowski. Drużynę poprowadzi dwóch grających trenerów: Dariusz Komisarczuk i Maciej Stachura.

    AZS AWFiS Gdańsk

    Rugbiści reprezentacyjnego trenera Jerzego Jumasa AZS AWFiS Gdańsk znów muszą bronić się przed spadkiem z I ligi.

    W niedzielę zagrają pierwszy wiosenny pojedynek z Pogonią Siedlce, a potem mecz i rewanż z Folcem Warszawa i Posnanią. Ostatnia drużyna spadnie do II ligi, przedostatnia zagra baraż z wicemistrzem II ligi.

    Tak jak rok temu mistrzowska grupa, czyli zespoły, które jesienią uplasowały się na miejscach 1-6, zmierzą się ze sobą tylko raz. Gospodarzem będzie ta drużyna, która w pierwszej rundzie była gościem. Stawką wiosennej rundy będą pierwsze cztery miejsca. Drużyny, które je zajmą, zmierzą się w półfinałach mistrzostw Polski (1-4, 2-3). Zwycięzcy zagrają o złoty medal, przegrani o brąz. Gospodarzem będzie drużyna wyżej sklasyfikowana po rundzie wiosennej.

    (...)

    Adam Mauks






  • Sezon z jajem (Gazeta Wyborcza, 27 sierpnia 2004)


  • Polscy rugbiści zainaugurują dziś swoje rozgrywki w sezonie 2004/05. To dyscyplina prawdziwie historyczna - jej początki sięgają wiosny 1823 roku. Uczniowie gimnazjum męskiego w miasteczku Rugby niedaleko Birmingham grali w piłkę nożną. Przez dłuższy czas żadna z drużyn nie mogła strzelić gola. Jeden z chłopców - William Ellis Webb - wreszcie się zdenerwował, chwycił piłkę w ręce i położył ją w bramce rywali. To wydarzenie stało się głośne i na tyle utkwiło w świadomości Anglików, że wkrótce opracowali podstawowe przepisy nowej gry o nazwie... rugby. Owalna piłka, która do dziś grają rugbiści, to efekt wypchania trawą zwierzęcego pęcherza. Pierwszą zaś skórzaną piłkę w kształcie "jaja" uszył inny mieszkaniec Rugby William Gilbert, którego nazwisko do dziś widnieje na większości piłek. Gra szybko stała się popularna nie tylko w Anglii, ale także w Walii, Szkocji, Irlandii i Francji. Te kraje - obok Nowej Zelandii, Australii i RPA - od lat stanowią niedostępną dla innych, elitę światowego rugby. na ziemiach polskich rugby pojawiło się po i wojnie światowej, ale około 1930 roku - z braku sprzętu, kadry trenerskiej i promocji - przestało się rozwijać. Dopiero w drugiej połowie lat 50. ta dyscyplina sportu w Polsce odżyła. w dużej mierze dzięki trzem dziennikarzom, wśród nich Wojciechowi Giełżyńskiemu, zwołano w 1956 r. zjazd sympatyków rugby. Mistrzostwa Polski odbywają się od końca lat 50. Najpierw prym wiodły drużyny ze stolicy, a od 1987 roku tytuł mistrzowski nieprzerwanie dzierżą trójmiejskie kluby: Ogniwo Sopot, Lechia Gdańsk, a ostatnio - Arka Gdynia.

    ams






  • W rugby... jak w życiu (Gazeta Wyborcza, 8 lipca 2004)


  • Co robić, jeśli kiedy nie chodzi się do szkoły albo nie ma się pracy? Można jechać do Krakowa (do klubu), ale jedzie się wtedy, gdy są pieniądze (a skoro nie ma się pracy, to nie ma też i pieniędzy). Można pochodzić po osiedlu, posiedzieć na ławce przed blokiem. Tylko że wtedy jest nudno, a z nudów robi się głupie rzeczy. i czasami sąsiedzi się boją.

    Chłopaki z nowohuckiego osiedla Oświecenia nie chcieli się nudzić. Postanowili założyć sekcję rugby. To było dwa miesiące temu, sekcja działa przy TKKF "Oświecenia". Jest pierwszą w Krakowie sekcją, której nie zakładał żaden prezes klubu, ale chłopaki z osiedla.

    Dlaczego rugby?

    Sławek (22 lata, nie pracuje): - Bo to dyscyplina, w której ma się kontakt fizyczny z drużyną. Jest męska, to mi się podoba. Ma jasne zasady, żadnego ściemniania.

    Szymek (24 lata, pracuje w HTS): - W rugby szybciej można do czegoś dojść. w innych sportach to człowiek powinien mieć umiejętności, a tu liczy się przede wszystkim zapał.

    Rugby również dlatego (ale to bardziej żart niż poważny powód), że ktoś z TKKF "Oświecenia" powiedział im kiedyś, że będą mieć sparingi ze szkółką policyjną ze Szczytna.

    O rugby nie wiedzieli za dużo. Każdy widział kiedyś film o amerykańskich rugbistach, i każdy widział "młyn" (drużyny ustawiają się w specjalnej pozycji i walczą o piłkę, którą wrzuca się w środek). Oczywiście, każdy widział też piłkę do rugby - jajowatą.

    Sławek: - Na pierwszym treningu dowiedzieliśmy się, o co chodzi w zdobywaniu pola, no i że to zdobywanie jest w sumie najważniejsze w tej grze. Bo rugby to zdobywanie pola przeciwnika.

    To były podstawy, później zaczęły się mordercze treningi. Wracali do domów zmęczeni, głodni i tragicznie poobijani.

    Piotr Mielnikow (trener rugby): - Zafascynował mnie ich zapał. Początki były trudne, bo nie szło się z nimi dogadać w normalnym języku. Oni tylko ciągle swoje k... i ch... No to powiedziałem, że u mnie nie ma k... i ch... A oni na to: "Trenerze, ale do nas tylko tak się mówi, bo inaczej nie rozumiemy". i co? Minęły dwa miesiące, rozumieją.

    Trener obserwował swoich graczy. Po kilku treningach zrobili się łagodniejsi, ale nie znaczy to, że zmiękli (w rugby nie można być miękkim). Stali się łagodniejsi, bo poznali swoją siłę. Jeżeli już muszą, to używają jej łagodnie, czyli tak, żeby nikomu nie zrobić krzywdy. Wściekłość z nich uciekła.

    Co chłopaki mają z grania w rugby?

    Sławek: - Drużynę, a ona jest jak rodzina. Tu się liczy zespół, nie ma zasranych gwiazd.

    Szymek: - Sukcesy. Od września będziemy w drugiej lidze.

    Mówią, że w rugby jest jak w życiu: twarda walka i zasady, którzy trzeba przestrzegać. A poza tym - w rugby też nie jest lekko.

    Chłopaki z osiedla Oświecenia zapraszają wszystkich, którzy chcieliby się przyłączyć do drużyny. Treningi odbywają się w poniedziałki i środy o godz. 18.30 na boisku Szkoły Podstawowej nr 130.

    Renata Radłowska






  • List otwarty do Redaktora Naczelnego "Tempa" Romana Kotłonia (Kraków, 20 października 2004)


  • Szanowny Pan
    Roman Kołtoń
    Redaktor Naczelny "Tempa"


    Ze zdziwieniem i oburzeniem przeczytałem w dzienniku sportowym "Tempo", z dnia 19 października 2004, Pana artykuł pt. "Brońmy naszych", dotyczący meczu piłkarskich reprezentacji Polski i Walii. Słusznie potępiając naganne zachowanie zawodników walijskich, użył Pan sformułowania: "Co innego jednak twarda gra, a co innego boiskowa przestępczość. Chcemy żeby futbol pozostał futbolem - gra w rugby to inna dyscyplina i Walijczycy muszą to zrozumieć".
    Jak Pan zapewne wie, na Wyspach Brytyjskich, rugby nazywane jest "sportem dla dżentelmenów". Każda poważana wyższa uczelnia angielska, wymaga od studentów pierwszego roku znajomości przepisów tej dyscypliny. w wielu krajach, jak Nowa Zelandia, RPA, czy Irlandia, rugby jest sportem narodowym, który przyciąga na stadiony całe rodziny, włącznie z angielską rodziną królewską. Dyscyplina ta ma także zostać wprowadzona do programu Igrzysk Olimpijskich w związku z  dużym zainteresowaniem, jakim cieszy się na całym świecie. Jest to oczywiście sport o wiele bardziej kontaktowy niż piłka nożna, a jednak statystyki dowodzą iż jest o wiele mniej kontuzyjny, gdyż zawodnicy ściśle przestrzegają określonych reguł.
    Używając wyżej przytoczonego sformułowania, powiela Pan szkodliwe stereotypy, zniechęcając do uprawiania tej pięknej dyscypliny sportu. Rugby w Polsce dopiero się rozwija, nasza kadra narodowa gra w tej chwili w eliminacjach do mistrzostw świata w 2007 i zaczyna odnosić sukcesy. Powstają wciąż kolejne drużyny, jak np. w Nowym Sączu, czy na osiedlu Oświecenia w Nowej Hucie.
    To dziwne, że redaktor naczelny poważnego dziennika sportowego, wykazuje się taką nonszalancją i nieznajomością tematu.
    Zapraszam na stadion Juvenii i mam nadzieję, iż na łamach pańskiej gazety rugby jako dyscyplina sportu, będzie traktowane we właściwy sposób.


    Z poważaniem

    Henryk Gawin






  • Znaleźć metodę - słów kilka o naszym rugby (Rugby.pl, 21 lipca 2005)


  • 10 klubów i ligi piętnastek, 8 w II lidze, 30 zespołów ligi siódemek, plus liga kobiet. do tego kilka klubów amatorskich, mnóstwo młodzieży, rugby w szkołach i wciąż grający pasjonaci - old boy`e.


    Daje to łącznie ponad 4000 zarejestrowanych graczy w Polsce, bez wyżej wspomnianych amatorów. Jest tez kilku sędziów, dwóch z nich nawet międzynarodowych. Sukcesy na arenie międzynarodowej, kilku graczy docenionych za granicą (Francja, Portugalia, Irlandia). Wspaniała perspektywa, nieprawdaż?

    A jednak nie! Mimo wyżej wymienionych liczb i statystyk rzeczywistość w polskim rugby nie wygląda równie optymistycznie. Bo czy normalnym jest fakt, że pierwszoligowa drużyna chcąc pojechać na spotkanie ligowe zrzuca się na paliwo do autokaru? Gdzie indziej na liniach zamiast wykwalifikowanych i uprawnionych arbitrów sędziują juniorzy, bądź też rezerwowi gracze. Inna drużyna nie może przystąpić do meczu z dość niezrozumiałych powodów, braku kilku graczy pierwszej 15, ba pierwszej "siódemki"!. Istnieją zespoły, których zawodnicy chcąc zaspokoić pragnienie w przerwie i po meczu nierzadko składają się na wodę mineralną. Przy tego typu problemach niczym tez wydaje się fakt niedostatecznej infrastruktury, zaplecza sanitarnego, przygotowanej murawy czy miejsc dla sympatyków owalnej piłki. To niestety nie jest fikcja. Te smutne i zatrważające fakty towarzyszą większości klubów z lig polskich.

    Dlaczego ten efektowny sport, jeden z niewielu zespołowych sportów walki mający na całym świecie miliony sympatyków nie może znaleźć uznania w kraju nad Wisłą? Gdzie należy szukać przyczyny? Chodzi o stereotypy jakie niechlubnie "ciągną" się za rugby, że jest to chuligańska gierka dla wyrośniętych osiłków? Czy jest to skutkiem małego zainteresowania? Małego...? Nie do końca, skoro na mecze polskiej ligi przychodzi grono 3000 kibiców. Może niemal całkowitego braku zainteresowania mediów? A tak, media. Właściwie to brak obecności mediów w polskim rugby. na szczęście zaczyna się to zmieniać dzięki kilku pasjonatom. Ale nie w tym rzecz. Przyjrzyjmy się bliżej strategii mediów tzw. szerokiego zasięgu. Konkretnie telewizji i prasie ogólnopolskiej. Tu liczą się pieniądze, czyli wpływy z reklam. w pierwszym przypadku reklama jest skuteczna - patrz: droga, jeśli puszczona jest w dogodnym czasie antenowym, przy zapewnieniu wysokiej oglądalności nadawanego widowiska. w porządku, ale albo telewizje świadomie wyrzucają pieniądze w błoto lub wiąże się to z działaniami wynikającymi z innych pobudek. Bo jak wytłumaczyć fakt puszczania meczy piłkarskich III ligi w jednej z prywatnych telewizji? "Pasjonujące i trzymające w napięciu" pokazy woltyżerki, akrobacje z tasiemką, curling, kule - zajmują najlepsze czasy antenowe. Oczywiście z całym szacunkiem i zrozumieniem dla fanów wymienionych dyscyplin - te sporty nie biją rekordów oglądalności! Nie chce tu piętnować, wykpiwać ani tym bardziej narzucać obowiązku nadawania rugby w telewizji 24 godziny na dobę. Ale do to transmisja finałowego meczu pomiędzy Australią a Anglią w 2003 roku pobiła wszelkie rekordy oglądalności! Przypomnę, że ten mecz obejrzało przed telewizorami 300 milionów ludzi, co stanowi 5% światowej populacji. Takiego wyniku nie miały żadne zawody nawet w historii Olimpiad.

    Polska to nie Australia, która jest mekką rugby - to zrozumiałe, ale czy sport ten jest aż tak mało interesujący dla włodarzy prywatnych i publicznych telewizji ażeby całkowicie go pominąć? To się powoli zmienia za sprawą jednego z prywatnych kanałów sportowych nadających program "Total Rugby". Również niektóre polskie telewizje kablowe prowadzą retransmisje spotkań i ligi. Wspaniale, ale to nadal nie dociera do wszystkich. Albo decydujemy się wykupić specjalny abonament na odkodowanie kanału, albo nadal żyjemy w sportowej niewiedzy odnośnie rugby. A przecież to tak niewiele (dla telewizji) zamieścić w wydaniu jakiegokolwiek programu informacyjnego, w którym przewija się wątek sportowy, kilku skrótowych relacji z weekendowych meczy i ligi rugby, tabeli lub wzmianki o reprezentacji. Cóż, może to tylko kwestia czasu...

    Prasa codzienna - tu należą się ukłony niektórym wydaniom regionalnych dzienników (zwykle tych, w których miastach rozgrywane są spotkania). Próżno szukać jednak jakichkolwiek informacji w gazetach ogólnopolskich. "Istotniejszym" bowiem jest poinformowanie czytelników o naderwaniu ścięgna Achillesa, któregoś z rezerwowych graczy II Bundesligi, niż informacja o tym, że Polska reprezentacja rugby zapewniła sobie awans do kolejnej rundy eliminacji RWC 2007 z pierwszego miejsca!

    Ale czy pozostaje nam tylko głęboko westchnąć? Może warto przedsięwziąć jakieś kroki. Całe szczęście dzięki wytrzymałości i pasji kilkunastu osób w kraju ta smutna rzeczywistość powoli się zmienia. w klubach pojawiają się strategiczni sponsorzy, zamożne osoby z pasją. Powstają budżety klubów, co do niedawna było nie do pomyślenia. Powstają nowe ośrodki rugby, liczne zawody większej lub mniejszej rangi dzięki zagranicznym sponsorom. w I lidze można już zaobserwować pewne zmiany (w tym zmiana systemu punktowego). Pamiętajmy jednak, że polskie rugby to nie tylko ww. elita. Przecież w tym sporcie musi "coś" być skoro w szkołach podstawowych i gimnazjach powoływane są sportowe klasy ze specjalnością rugby właśnie. Młodzi adepci pod okiem specjalistów rozwijają swoje umiejętności, cechy motoryczne. Być może to oni są przyszłością tego sportu. Warto zatem głębiej przyjrzeć się problematyce rodzimego rugby.

    Polskie kluby nawet w połowie nie potrzebują budżetów porównywalnych tym z aren piłki nożnej. Zawodnicy nie są nastawieni na kosmiczne gaże, a celem klubów nie jest generowanie potężnych zysków. Tu chodzi o coś z goła innego.

    Podtrzymanie idei rugby, sportowej walki, gry fair-play, krew, pot i łzy przyświecają propagatorom tej wspanialej dyscypliny. Czy to za mało? Odpowiedź na to pytanie pozostawiam Wam - czytelnikom, być może czyta to właśnie potencjalny, przyszły sponsor, dyrektor programowy jakiejś telewizji... Apeluje, zarazem wołając o zdrowy rozsądek, chwilę zamyślenia i refleksji na ten temat. Czasami wystarczy mocno chcieć.

    JacJas




    OGŁOSZENIE

    10.08.2006 r.

    Rzemieślniczy Klub Sportowy „JUVENIA” 30-213 Kraków ul. Na Błoniach 7 /tel. 012 4214985/ ogłasza przetarg nieograniczony na remont sanitariatów oraz częściowy remont ogrodzenia boiska. Termin realizacji remontu: do 5.10.2006.
    Dokumentację przetargową można odebrać od dnia 25.08.2006 w godz. 1000 do 1400 w biurze Klubu przy ul. Na Błoniach 7 w Krakowie. Osobą upoważnioną do kontaktu z oferentami jest p. Leszek Samel, tel. O501 358071.
    Oferty należy składać w biurze Klubu /adres j.w./ w terminie do dnia 5.09.2006 do godz. 1000. Otwarcie ofert nastąpi w dniu 5.09.2006 o godz. 1100 także w biurze klubu.

    Oferent obowiązany jest wpłacić wadium w wysokości 1000,- zł na konto Klubu /podane w SIWZ/, lub kasie Klubu w terminie zgodnym z warunkami SIWZ.


    Teraz jest: 11-12-2018 23:25, Twój IP: 34.203.225.78 (ec2-34-203-225-78.compute-1.amazonaws.com)

    © 2003-2006 Jerzy Głowacki E-mail